„Możemy z panem dwa słowa?” — dlaczego tłumacz przysięgły nie jest Twoim kolegą z biura

Zacznijmy od scenki, którą zna każdy pełnomocnik. Komornik puka do drzwi, doręcza zajęcie, a dłużnik — zamiast sięgnąć po prawnika — woła sąsiada, „bo on po angielsku gada”. Tydzień później do biura tłumaczeń przysięgłych trafia dokument z zagranicy, opatrzony pieczątką „tłumaczenie własne”, i wszyscy dziwią się, że sąd tego nie uznaje. Ten tekst jest o tym, dlaczego ta pieczątka nie ma nic wspólnego z prawem — i dlaczego warto to wiedzieć, zanim pieniądze klienta przepadną wraz z terminem odwołania.

## Wprowadzenie: państwo prawa nie działa na słowo honoru

Tytułowy zwrot „Możemy z panem dwa słowa?” to nie neutralne zagajenie — to sygnał, że ktoś chce załatwić sprawę poza procedurą. W obrocie prawnym słowa mają skutki tylko wtedy, gdy padają w określonej formie, przed właściwym organem i od osoby, która ma do tego umocowanie. Tłumaczenie to najczystszy przykład tej zasady: dokument w języku obcym nie „mówi” sam za siebie — musi zostać przetłumaczony przez kogoś, kogo państwo do tego upoważniło, i to w sposób, który pozwoli sądowi zweryfikować każdy przecinek. Bez tego mamy nie komunikację, a zgadywanie.

## Analiza: co mówią przepisy i gdzie leży granica

Fundament jest krótki i bezlitosny. **Ustawa z 25 listopada 2004 r. o zawodzie tłumacza przysięgłego** (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 1326 ze zm.) w art. 1 i art. 2 stanowi, że tłumacz przysięgły to osoba fizyczna wpisana na listę prowadzoną przez Ministra Sprawiedliwości — i tylko taki tłumacz wykonuje czynności, które ustawa nazywa wprost: poświadczanie zgodności tłumaczenia z oryginałem (art. 2 pkt 3a). Osoba bez wpisu może tłumaczyć — i robi to dobrze — ale nie może **poświadczyć**. Różnica jest jakościowa, nie estetyczna.

Co z tego wynika w praktyce procesowej? **Art. 256 Kodeksu postępowania cywilnego**: jeżeli pismo sporządzone w języku obcym ma być wykorzystane w postępowaniu, sąd może zażądać jego tłumaczenia, a tłumaczenie dokumentu urzędowego wymaga poświadczenia. Dalej — **art. 233 § 1 k.p.c.**, czyli zasada swobodnej oceny dowodów, oraz **art. 245 k.p.c.**, który dokument prywatny czyni dowodem jedynie tego, że osoba go podpisała. Tłumaczenie bez pieczęci tłumacza przysięgłego to dla sądu dokument prywatny bez domniemania zgodności z oryginałem — czyli papier o wartości zbliżonej do notatki na serwetce.

Druga granica jest jeszcze mniej oczywista i tu pada najwięcej ofiar: **tajemnica zawodowa**. Art. 10 ust. 1 ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego obejmuje go tajemnicą informacji uzyskanych w związku z wykonywaniem czynności — a art. 10 ust. 2 zwalnia z niej wyłącznie na podstawie przepisów szczególnych. Kto oddaje testament, wyrok rozwodowy czy umowę kredytową „koledze, który zna angielski”, ten nie tylko nie ma poświadczenia — ten właśnie rozpuścił najcenniejsze dane klienta w obrocie prywatnym, bez żadnej odpowiedzialności dyscyplinarnej po stronie tłumaczącego. Za to po stronie zlecającego może już odpowiadać RODO — **art. 28 ust. 3 rozporządzenia 2016/679** wymaga, by przetwarzający (a tłumacz w takim układzie nim jest) dawał gwarancje należytego bezpieczeństwa. „Zaufany człowiek” nie jest gwarancją w rozumieniu tego przepisu, choć bywa nią w rozumieniu babci klienta.

I jeszcze kwestia odpowiedzialności. Tłumacz przysięgły ponosi odpowiedzialność **dyscyplinarną** przed komisją przy Ministrze Sprawiedliwości (art. 14 i nast. ustawy), a nadto cywilną — na zasadach ogólnych, przy czym ciężar dowodu błędu w poświadczeniu spoczywa na nim. Tłumacz „z ogłoszenia” odpowiada wyłącznie z art. 471 Kodeksu cywilnego — czyli pięknie, dopóki nie trzeba ustalić, kto właściwie zawinił. A błąd tłumaczenia terminu odwołania to strata prawa materialnego, nie drobna pomyłka.

## Aspekt praktyczny: co to znaczy dla przedsiębiorcy i klienta

Dla przedsiębiorcy: zamawiając tłumaczenie dokumentu mającego obieg prawny — KRS, umowa z zagranicznym kontrahentem, pełnomocnictwo, dokumenty do postępowania — pytaj nie o cenę za stronę, a o **wpis na listę Ministra Sprawiedliwości** i numer, którym tłumacz opatrzy poświadczenie. Tylko taki dokument ma szansę być uznany przez sąd, notariusza, bank czy organ administracji. Pamiętaj też o **rozporządzeniu Ministra Sprawiedliwości z 8 września 2016 r. w sprawie określenia wzoru repertorium** — poświadczone tłumaczenie musi zawierać właściwe elementy: pieczęć, podpis, datę, numer repertorium. Dokument bez numeru repertorium to dokument, którego nikt nie powinien przyjąć.

Dla klienta indywidualnego: sprawdź, czy tłumaczenie ma **klauzulę poświadczenia** i czy tłumacz jest wpisany na listę — lista jest jawna i prowadzona przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Jeśli ktoś proponuje „taniej, bez pieczątki”, nie kupujesz tłumaczenia — kupujesz ryzyko, że za trzy miesiące trzeba będzie zapłacić drugi raz, a termin procesowy już minął.

Dla samego tłumacza: to nie jest branża, w której „dwa słowa” wystarczą. Każde poświadczenie to oświadczenie o zgodności z oryginałem — z konsekwencjami karnymi z **art. 270 i 271 k.k.** włącznie, jeśli poświadczenie dotyczy treści niezgodnej z prawdą.

## Konkluzja

„Możemy z panem dwa słowa?” to pytanie, na które w obrocie prawnym powinna paść odpowiedź: *na piśmie, z podpisem i numerem repertorium*. Tłumacz przysięgły nie jest ozdobą dokumentu — jest instytucją, przez którą państwo prawa w ogóle komunikuje się z obcym językiem. Zlecaj tłumaczenia świadomie: sprawdzaj wpis, żądaj poświadczenia, nie oszczędzaj na tym, co ma obieg urzędowy. Bo dokument bez pieczęci to nie dokument — to opinia.

Powyższy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej.